Rozdział 1 | Część 1
Noc chyliła
się ku końcowi. W gęstym lesie z mroku zaczęły wyłaniać się
kształty pojedynczych drzew i chaszczy. Szarzyzna wypełniała się
barwami od zieleni po czerwień. Nocni mieszkańcy lasu widząc, że
już niedługo będą ich atakować pierwsze promienie słoneczne,
powoli kończyli swe zajęcia i w pośpiechu chowali się do nor i
innych kryjówek. Jeszcze trochę i to dzień właśnie będzie
rządzić w tej gęstwinie. Rosa zacznie wysychać na liściach, a
ptaki odegrają swe poranne koncerty. Tak tu wyglądał każdy
poranek. Dzika puszcza rządzi się swoimi prawami. Od lat nic się
nie zmieniało. Jednak tego poranka mieszkańcy lasu zachowywali się
inaczej. Dotychczasowa harmonia i porządek zostały zachwiane przez
intruza. Osobnika, który zdecydowanie tutaj nie pasował.
Leżał na
ściółce leśnej i raz po raz przygryzał z bólu zęby, w momencie
gdy duże leśne mrówki niezadowolone z tego że zatarasował im
drogę, kąsały go swoimi małymi szczypcami prosto w tyłek. Nie
mógł jednak zdradzić swej obecności, dlatego za wszelką cenę
walczył z samym sobą aby z jego ust nie uciekł żaden dźwięk. To
nie był jedyny problem Nikiego. Bo tak miał na imię około
dwunastoletni chłopiec. Nie Leżał on tutaj z powodu zmęczenia,
chociaż był strasznie zmęczony. Nie Leżał on również tutaj z
powodu głodu, chociaż był bardzo głodny. Zaprowadził go w te
knieje niedźwiedź, którego chłopak tropił od jakiegoś czasu.
Leżał tutaj gdyż za wszelką cenę chciał udowodnić ojcu, że
jest już prawdziwym mężczyzną, a aby tego dokonać musiał wrócić
do domu z cenną zdobyczą. Chłopiec był przekonany, że niedźwiedź
wystarczy, aby zaspokoić oczekiwania surowego ojca.
Niko nie
wyglądał jednak jak myśliwy, czy też łowca. Niektórzy by
powiedzieli, że chłopak w ogóle nie wyglądał, a co najwyżej że
przypominał powyginany i poskręcany krzak. Był bardzo chudym
chłopcem, któremu duże i wesołe oczy zasłaniała bujna czupryna
blond włosów. Ze środka podłużnej twarzy, niczym dzida wystawał
duży zaokrąglony nos, a jego brzuch był na tyle wklęsły, że za
każdym razem gdy uderzył się w plecy, to łapał się właśnie za
brzuch. Jego nogi, długie i chude nie wyglądały też za okazale i
z pewnością nie były powodem do dumy. Patrząc na nie z przodu,
układały się w piękną literę X, a zerkając z boku, sprawiały
wrażenie jakby ciągle były w trakcie przysiadu. Ubrany był jak
typowy wieśniak. Niegdyś biała, a teraz umazana w błocie koszula
przewiązana była na wysokości pasa sznurem, którego zadaniem było
również utrzymanie dziurawych i poszarpanych spodni na odpowiedniej
wysokości. Niko był świadomy, że gdyby te spodnie mu kiedyś
spadły w miejscu publicznym, to dla wielu świat nigdy nie był by
już ten sam. Ten jakże opłakany wygląd chłopca, nie zmieniał
faktu, że ów dotarł aż do puszczy za swą zwierzyną. Co
kosztowało go nie mało wysiłku i wyrzeczeń.
Leżał w
chaszczach i przy powoli budzącym się dniu nasłuchiwał swej
ofiary. Nie do końca był pewien, ale miał nadzieje, że już od
paru dni podążał za śladami niedźwiedzia. Niko wiedział, że
tym razem nie może zawieść swojego ojca, Zygfryda Okrągłego,
który był panem władającym małą średniowieczną wioską zwaną
Pchlim Tyłkiem, tuż u podnóży królewskiego zamku. Kończąc
dwanaście lat musiał udowodnić zgodnie z tradycją, że stał się
już mężczyzną. Musiał również udowodnić, że wszystkie jego
poprzednie wpadki, to tylko kwestia przypadku, pecha i złośliwości
rzeczy martwych.
- Auć! - pisnął wściekle, zapominając się, w momencie gdy kolejna sadystyczna mrówka dała o sobie znać.
- Niko, musisz dać z siebie wszystko. - mruknął do siebie, starając się jednocześnie dostrzec przy słabym świetle swój cel.
Nieopodal,
tuż przy dużym dębie bestia wierzgała się i co dziwne.... ryła
w ziemi jakby szukając jakiegoś skarbu. Chłopak przez moment
zwątpił czy aby na pewno obserwuje niedźwiedzia, ale po chwili sam
siebie przekonał, że przecież nie mógł się mylić przez tyle
dni. Co prawda, przez cały ten czas nie dostrzegł go ani razu
osobiście, ale ślady, za którymi podążał, wskazywały właśnie
na niedźwiedzia. Widząc, że zwierze jest zajęte swoimi sprawami,
postanowił wykorzystać ten moment i zaatakować.
Podkurczył
nogi, napinając mięśnie i z wielkim okrzykiem wyskoczył z
krzaków. To jest ten moment drogi czytelniku, w którym muszę cię
ostrzec – jeśli się jeszcze tego nie domyśliłeś – że Niko
jest skończoną fajtłapą. W całym królestwie nie znajdziesz
większej niezdary. Co więcej, gdyby kiedyś organizowane były
zawody na prymusa w potykaniu się o własne nogi to chłopak sam
zajął by wszystkie trzy pierwsze miejsca jednocześnie. Wystarczy
wspomnieć konkurs w strzelaniu z łuku po ostatnich dożynkach, w
którym jako jedyny zamiast trafiać do tarczy, uwziął się na
sędziego zawodów i... Ech, szkoda mówić, biedak już nigdy nie
będzie mógł usiąść. Albo przejazd królewskiego orszaku, w
którym to wierni poddani, obsypywali swego króla Radomira
Zachłannego darami, wyrazami sympatii i poddaństwa. Prosty lud
dawał co miał, plony, owoce, zwierzęta. Nikt jednak nie spodziewał
się tego co miało nastąpić chwilę później. Niezdara Niko
również postanowił obdarować króla najprawdziwszym miodem.
Prawdziwy był do tego stopnia, że gdy wielka wielmożność otwarł
worek aby sprawdzić dziwnie bzyczący prezent, ów pod postacią
wściekłych pszczół wbił się prosto w zdziwioną twarz króla,
aby po chwili zaatakować całe dostojne towarzystwo. Każdy ratował
się na swój sposób, ale większość wybrała skok na główkę do
pobliskiego jeziora. Podobno jeszcze na zamku z królewskich butów
wyskakiwały oburzone żaby, a sam król mógł zmienić imię z
Radomira Zachłannego na Opuchniętego. Od tego czasu w Pchlim Tyłku
nikt nigdy nie widział już królewskiego orszaku. Podobno, król
nakazał usunąć tą mieścinę ze wszystkich map w królestwie
Nibyrungi. A jakby tego było mało, wysłał w ramach pozdrowień i
podziękowań, swoje wojsko, aby bardzo dokładnie i doszczętnie
puściło wioskę z dymem. I trzeba przyznać, że prawie im się
udało.
Niestety nie inaczej było dzisiaj. Niko jak zawsze
pomylił się i nie oszacował dobrze odległości dzielącej go od
niedźwiedzia. Zamiast na nim, wylądował prosto w olbrzymiej kałuży
tuż przed samą bestią. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast
wrednego „wraaahhhhh” usłyszał znajome „wiii, wiii”. Ale
nie miał czasu do stracenia, na jakąś głębszą analizę.
Podniósł się natychmiast i mimo iż niewiele widział, bo błoto
zakleiło mu oczy - z okrzykiem na ustach – Poddaj się potworze! –
wskoczył na swoją ofiarę, tuż zanim ta zdążyła uciec.
0 komentarze:
Prześlij komentarz