Enter Header Image Headline Here

2 lipca 2019

Rozdział 1 | Część 4



*****
Chodzili tą trasą codziennie, ale Kiełbasa nie mógł się nadziwić jak piękna może być natura o tej porze roku. Nie to co Filozof, w przeciwieństwie do Kiełbasy takie widoki nie robiły na nim żadnego wrażenia. Kiełbasa i Filozof byli strażnikami w służbie Króla Radomira Opuchniętego..., Zachłannego, którzy na co dzień patrolowali królewskie lasy w poszukiwaniu kłusowników lub innej maści elementu. W królewskim lesie, wszystko co się w nim znajduje, zaczynając od drzew, a kończąc na zwierzętach należało pod groźbą surowej kary tylko do jaśnie panującego nam króla. Kiełbasa i Filozof mieli swoje ulubione trasy, którymi podążali codziennie. Przy pięknej pogodzie jak dziś, można rzec, że była to znośna robota. Gorzej gdy zaczynały się pory deszczowe. Przemoczeni wtedy do suchej nitki suszyli się całą noc przy ognisku. Ale nie dziś.
Kiełbasa swoim wyglądem doskonale wpisywał się w brzmienie swojego przezwiska. Gruby, niski, zawsze spocony. Sprawiał wrażenie, że zbroja jaką na sobie nosi jest o wiele za ciężka jak na jego możliwości. Na swoich małych niezgrabnych nóżkach wyglądał na ciągle biegnącego i niemogącego nadążyć za Filozofem. Szedł zawsze kilka kroków za nim objadając się.....kiełbasą i innymi mięsnymi smakołykami. Miał zawsze pod ręką prowiant i nie da się ukryć, że jedzenie – nie – objadanie się – nie – obżarstwo było jego prawdziwą życiową pasją. Skierowany został do patrolowania lasów królewskich, gdyż ze swoją specyficzną fizycznością, nie nadawał się po prostu do żadnej walki. Wyciągnięcie miecza zza pazuchy przyprawiało go o zawał serca. A jedynie co mu dobrze wychodziło podczas bitwy to odwrót, na z góry upatrzone bezpieczne pozycje. W głębi serca był po prostu zwykłym tchórzem i była to jego smutna tajemnica. Dziś jednak szedł dosyć podekscytowany. Jutro w sali królewskiej Radomira mają być rozdane nowe przydziały do straży zamkowej. Zarówno Kiełbasa jak i Filozof mają nadzieję na maleńki awans. W końcu pół roku nienagannej służby w lesie, prawie dwa tuziny złapanych kłusowników, daje im nie małą przewagę w walce o ciepłe posadki.
  • Już nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia – rzekł Kiełbasa, wgryzając się w nóżkę od kurczaka i zagadując jednocześnie Filozofa.
  • Jeszcze tylko dzisiejsza, nienaganna służba i witaj piękny zamku – dodał, chcąc zmobilizować towarzysza do rozmowy
  • No – odparł Filozof.
  • Wyobrażasz sobie te przytulne komnaty?
  • Ehe .
  • A ten ciągły dostęp do kuchni? - nie krył podekscytowania grubas.
  • No.
  • I w końcu, nie będziemy musieć tyle łazić po tym lesie. Same plusy. Chyba nie zasnę dziś w nocy.
Filozof chwilkę się zawahał jakby chciał powiedzieć coś innego, jakby szukał odpowiedniego słowa, ale ostatecznie jak zawsze odparł:
  • Ehe.
Poirytowany Kiełbasa tym, że się rozmowa nie za bardzo się klei odparował.
  • No, no i ehe! Filozof wielki się znalazł! Czy ty potrafisz coś więcej powiedzieć? Porozmawiać z człowiekiem?
  • No – odpowiedział jak gdyby nigdy nic Filozof.
I to był największy problem, towarzysza Kiełbasy. Filozof był całkowitym przygłupem. Nie potrafił w jednym ciągu wypowiedzieć więcej niż dwóch – góra trzech słów. Przekraczało to jego możliwości intelektualne. Wysoki, chudy jak szczapa, o twarzy nie skalanej myślą i z tępym spojrzeniem dzień w dzień maszerował przed Kiełbasą nadając specyficzny wydźwięk ich rozmowom. Można by rzec z przekorą, że na wszystko miał gotową odpowiedź. Całe piękno i brutalność otaczającego go świata – olbrzymie wodospady, wybuchające wulkany, wielkie bitwy czy palone domy kwitował jakże prostym i wymownym „no”. Filozof się nie wzruszał, nic go nie dziwiło i nie zaskakiwało. Ubrany w kolczugę i hełm, który zakrywał mu górną połowę twarzy, wyglądał całkiem poważnie. Tak, zdecydowanie zakrycie Filozofowi twarzy wpływało pozytywnie na jego wygląd. Jego plusem był brak jakichkolwiek przemyśleń, a co się z tym wiązało – odwaga głupca. Nieświadomy zagrożeń, w ciężkich sytuacjach zawsze parł do przodu i nigdy się nie poddawał. Kiełbasa był przekonany, że jego towarzysz w dzieciństwie musiał spaść z jakiejś wysokiej skarpy, albo może został potrącony przez powóz, no bo przecież coś – jakieś tragiczne wydarzenie – musiało być powodem tak nadmiernej wylewności Filozofa. I pomyśleć, że natura może wydać na świat tak mało skomplikowane stworzenie i jeszcze dumnie nazwać je człowiekiem. Oto człowiek.

Rozdział 1 | Część 3


Niko był z siebie zadowolony. Jako mało rozwinięty i nierozgarnięty chłopiec wyobrażał sobie z jaką dumą i radością przywita go jego tatko.
  • Jestem mężczyzną – zawołał radośnie. Dopiero kolejne „wiii” i następujące po nim basowe „chrum, chrum” uświadomiło mu, że wcale nie złapał groźnego niedźwiedzia, a jedynie uczy się jeździć galopem na dużej, aczkolwiek najzwyklejszej na świecie świni.
  • Czyli jednak jestem ofermą! – pomyślał sobie. Miał być niedźwiedź, a jest świnia. Kolejne smagnięcia sprężystych gałęzi raz za razem testowały wytrzymałość jego policzków.
  • Auć! – wyrwało mu się samoistnie z gardła.
Ponieważ wieprzowina nabierała coraz większej prędkości, Niko przylgnął z całej siły do opasłego cielska świni jednocześnie chwytając jej długie uszy niczym lejce, jakże klasyczne wyposażenie u bardziej – nazwijmy to – standardowych wierzchowców. Chłopak spanikował, trochę i próbował się teraz szybko odnaleźć w tej nowej roli. W swej niezbyt wypełnionej wiedzą głowie poszukiwał informacji na temat świń. Niestety hasła typu „Instrukcja obsługi świni”, „Dostojny galop świńskich rumaków” albo „Rad wiele o szyku bojowym świń” pozostawały bez odpowiedzi. Rozpaczliwie, chcąc wyhamować tucznika spróbował z klasycznym „Prrrrr”, a ostatecznie nawet z „Wioooo”. Nic nie pomogło. Przejechali tak jeszcze kilkadziesiąt metrów, aż do pięknej polany wyłaniającej się z gęstego lasu. Chłopak w desperacji, już chciał osunąć się na miękką trawę, ale niestety zbyt późno podjął tę decyzję. Uprzedziła go świnia, która zaryła swoimi racicami w ziemię tuż przed olbrzymim dębem, wyrzucając go jednocześnie, niczym worek ziemniaków, wysoko w powietrze.

Rozdział 1 | Część 2


Zszokowana świnia biegła przez las jak oszalała zaliczając jednocześnie wszystkie konkurencje olimpijskie. Sprint, bieg przez płotki i bieg na tysiąc pięćset metrów z przeszkodami. Zygzakiem pędziła między drzewami i krzewami, przeskakując co większe kamienie i próbując jednocześnie zrzucić ze swojego grzbietu pasażera na gapę. Przekonana, że właśnie nadszedł jej kres i czarna puma – bo przecież każda świnia wie, że na jej życie czyhają czarne pumy – zaciśnie zaraz kły na jej pulchniutkim boczku. Swoim małym niezbyt rozwiniętym rozumkiem nie mogła pojąć dlaczego to zawsze ona przyciąga do siebie kłopoty.
- Dlaczego ja?, Dlaczego to mnie przytrafiają się takie przykre sytuacje? - pomyślała zrozpaczona. Las przed nią robił się coraz gęstszy i to właśnie w tym zwietrzyła swoje szanse na pozbycie się dodatkowego balastu. Wbiegła prosto w gąszcz krzewów licząc na to, że nisko usytuowane chaszcze strącą delikwenta, który przylgnął teraz do niej i raz po raz pojękiwał, chłostany przez gałęzie. Po przebiegnięciu kilkuset metrów świnia była już pewna dwóch rzeczy. Po pierwsze, na jej grzbiecie nie siedzi puma. Pumy nie mają zwyczaju pokrzykiwać „Tak, udało się! Jestem mężczyzną!” oraz „Stój brunatny niedźwiedziu!” Pumy nie mają zwyczaju mylić świń, bądź co bądź dużych świń z niedźwiedziami. Po drugie, ta cała sytuacja miała miejsce przez jej słabość do trufli. O tak! Trufle – cudowne grzyby, które mogłaby jeść godzinami. Na samą myśl o tych delicjach, z kącika jej ryjka zaczęła ściekać ślinka. Niestety aby je zasmakować trzeba kopać w ziemi, gdyż to właśnie pod ziemią, w okolicy korzeni dębów trufle rosną najczęściej. Zamyślona, w ostatniej chwili zorientowała się, że właśnie wybiegła z lasu na dosyć dużą polanę. Mimo stresującej sytuacji w jakiej się znalazła, jej sprytne oko nie omieszkało zauważyć, że polana porośnięta była samymi dębami. Było oczywistym, że przez jej mały móżdżek niczym grom z jasnego nieba przebiegła tylko jedna myśl – trufle! Dużo trufli!

Rozdział 1 | Część 1


Noc chyliła się ku końcowi. W gęstym lesie z mroku zaczęły wyłaniać się kształty pojedynczych drzew i chaszczy. Szarzyzna wypełniała się barwami od zieleni po czerwień. Nocni mieszkańcy lasu widząc, że już niedługo będą ich atakować pierwsze promienie słoneczne, powoli kończyli swe zajęcia i w pośpiechu chowali się do nor i innych kryjówek. Jeszcze trochę i to dzień właśnie będzie rządzić w tej gęstwinie. Rosa zacznie wysychać na liściach, a ptaki odegrają swe poranne koncerty. Tak tu wyglądał każdy poranek. Dzika puszcza rządzi się swoimi prawami. Od lat nic się nie zmieniało. Jednak tego poranka mieszkańcy lasu zachowywali się inaczej. Dotychczasowa harmonia i porządek zostały zachwiane przez intruza. Osobnika, który zdecydowanie tutaj nie pasował.
Leżał na ściółce leśnej i raz po raz przygryzał z bólu zęby, w momencie gdy duże leśne mrówki niezadowolone z tego że zatarasował im drogę, kąsały go swoimi małymi szczypcami prosto w tyłek. Nie mógł jednak zdradzić swej obecności, dlatego za wszelką cenę walczył z samym sobą aby z jego ust nie uciekł żaden dźwięk. To nie był jedyny problem Nikiego. Bo tak miał na imię około dwunastoletni chłopiec. Nie Leżał on tutaj z powodu zmęczenia, chociaż był strasznie zmęczony. Nie Leżał on również tutaj z powodu głodu, chociaż był bardzo głodny. Zaprowadził go w te knieje niedźwiedź, którego chłopak tropił od jakiegoś czasu. Leżał tutaj gdyż za wszelką cenę chciał udowodnić ojcu, że jest już prawdziwym mężczyzną, a aby tego dokonać musiał wrócić do domu z cenną zdobyczą. Chłopiec był przekonany, że niedźwiedź wystarczy, aby zaspokoić oczekiwania surowego ojca.
Niko nie wyglądał jednak jak myśliwy, czy też łowca. Niektórzy by powiedzieli, że chłopak w ogóle nie wyglądał, a co najwyżej że przypominał powyginany i poskręcany krzak. Był bardzo chudym chłopcem, któremu duże i wesołe oczy zasłaniała bujna czupryna blond włosów. Ze środka podłużnej twarzy, niczym dzida wystawał duży zaokrąglony nos, a jego brzuch był na tyle wklęsły, że za każdym razem gdy uderzył się w plecy, to łapał się właśnie za brzuch. Jego nogi, długie i chude nie wyglądały też za okazale i z pewnością nie były powodem do dumy. Patrząc na nie z przodu, układały się w piękną literę X, a zerkając z boku, sprawiały wrażenie jakby ciągle były w trakcie przysiadu. Ubrany był jak typowy wieśniak. Niegdyś biała, a teraz umazana w błocie koszula przewiązana była na wysokości pasa sznurem, którego zadaniem było również utrzymanie dziurawych i poszarpanych spodni na odpowiedniej wysokości. Niko był świadomy, że gdyby te spodnie mu kiedyś spadły w miejscu publicznym, to dla wielu świat nigdy nie był by już ten sam. Ten jakże opłakany wygląd chłopca, nie zmieniał faktu, że ów dotarł aż do puszczy za swą zwierzyną. Co kosztowało go nie mało wysiłku i wyrzeczeń.
Leżał w chaszczach i przy powoli budzącym się dniu nasłuchiwał swej ofiary. Nie do końca był pewien, ale miał nadzieje, że już od paru dni podążał za śladami niedźwiedzia. Niko wiedział, że tym razem nie może zawieść swojego ojca, Zygfryda Okrągłego, który był panem władającym małą średniowieczną wioską zwaną Pchlim Tyłkiem, tuż u podnóży królewskiego zamku. Kończąc dwanaście lat musiał udowodnić zgodnie z tradycją, że stał się już mężczyzną. Musiał również udowodnić, że wszystkie jego poprzednie wpadki, to tylko kwestia przypadku, pecha i złośliwości rzeczy martwych.
  • Auć! - pisnął wściekle, zapominając się, w momencie gdy kolejna sadystyczna mrówka dała o sobie znać.
  • Niko, musisz dać z siebie wszystko. - mruknął do siebie, starając się jednocześnie dostrzec przy słabym świetle swój cel.
Nieopodal, tuż przy dużym dębie bestia wierzgała się i co dziwne.... ryła w ziemi jakby szukając jakiegoś skarbu. Chłopak przez moment zwątpił czy aby na pewno obserwuje niedźwiedzia, ale po chwili sam siebie przekonał, że przecież nie mógł się mylić przez tyle dni. Co prawda, przez cały ten czas nie dostrzegł go ani razu osobiście, ale ślady, za którymi podążał, wskazywały właśnie na niedźwiedzia. Widząc, że zwierze jest zajęte swoimi sprawami, postanowił wykorzystać ten moment i zaatakować.
Podkurczył nogi, napinając mięśnie i z wielkim okrzykiem wyskoczył z krzaków. To jest ten moment drogi czytelniku, w którym muszę cię ostrzec – jeśli się jeszcze tego nie domyśliłeś – że Niko jest skończoną fajtłapą. W całym królestwie nie znajdziesz większej niezdary. Co więcej, gdyby kiedyś organizowane były zawody na prymusa w potykaniu się o własne nogi to chłopak sam zajął by wszystkie trzy pierwsze miejsca jednocześnie. Wystarczy wspomnieć konkurs w strzelaniu z łuku po ostatnich dożynkach, w którym jako jedyny zamiast trafiać do tarczy, uwziął się na sędziego zawodów i... Ech, szkoda mówić, biedak już nigdy nie będzie mógł usiąść. Albo przejazd królewskiego orszaku, w którym to wierni poddani, obsypywali swego króla Radomira Zachłannego darami, wyrazami sympatii i poddaństwa. Prosty lud dawał co miał, plony, owoce, zwierzęta. Nikt jednak nie spodziewał się tego co miało nastąpić chwilę później. Niezdara Niko również postanowił obdarować króla najprawdziwszym miodem. Prawdziwy był do tego stopnia, że gdy wielka wielmożność otwarł worek aby sprawdzić dziwnie bzyczący prezent, ów pod postacią wściekłych pszczół wbił się prosto w zdziwioną twarz króla, aby po chwili zaatakować całe dostojne towarzystwo. Każdy ratował się na swój sposób, ale większość wybrała skok na główkę do pobliskiego jeziora. Podobno jeszcze na zamku z królewskich butów wyskakiwały oburzone żaby, a sam król mógł zmienić imię z Radomira Zachłannego na Opuchniętego. Od tego czasu w Pchlim Tyłku nikt nigdy nie widział już królewskiego orszaku. Podobno, król nakazał usunąć tą mieścinę ze wszystkich map w królestwie Nibyrungi. A jakby tego było mało, wysłał w ramach pozdrowień i podziękowań, swoje wojsko, aby bardzo dokładnie i doszczętnie puściło wioskę z dymem. I trzeba przyznać, że prawie im się udało.
Niestety nie inaczej było dzisiaj. Niko jak zawsze pomylił się i nie oszacował dobrze odległości dzielącej go od niedźwiedzia. Zamiast na nim, wylądował prosto w olbrzymiej kałuży tuż przed samą bestią. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast wrednego „wraaahhhhh” usłyszał znajome „wiii, wiii”. Ale nie miał czasu do stracenia, na jakąś głębszą analizę. Podniósł się natychmiast i mimo iż niewiele widział, bo błoto zakleiło mu oczy - z okrzykiem na ustach – Poddaj się potworze! – wskoczył na swoją ofiarę, tuż zanim ta zdążyła uciec.

Popular Posts

Recent Posts

Unordered List

Text Widget

Curabitur enim. Aliquam eget velit. Nullam justo. Curabitur et wisi. Donec vel purus. Phasellus hendrerit laoreet. Nam consectetuer adipiscing elit dapibus et, faucibus orci et magnis dis parturient montes, nascetur ridiculus mus. Vivamus metus eu mi. Cras justo consequat ac, felis. Fusce aliquam euismod rutrum, urna ut mattis vel, purus. Aliquam faucibus scelerisque. Proin sodales. Vivamus lacus. Sed nibh ultricies nulla, auctor ligula. Sed diam id rutrum magna ac turpis egestas.Curabitur enim. Aliquam eget velit. Nullam justo. Curabitur et wisi. Donec vel purus. Phasellus hendrerit laoreet. Nam consectetuer adipiscing elit dapibus et, faucibus orci et magnis dis parturient montes, nascetur ridiculus mus. Vivamus metus eu mi. Cras justo consequat ac, felis. Fusce aliquam euismod rutrum.

Blog Archive

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwuj!

Wyświetlenia

Szukaj

Instagram

My Instagram

Flickr Images

Popular Posts